34 PKO Wrocław Maraton

… Czyli ja pierdyle, gdzie ten cień ;-) We Wrocławiu zameldowało się nas dwoje. Hania, dla której był to debiut. Szykowała się do niego ponad 4 miesiące. I Wojtek, dla którego była to kolejna, ostatnia część urodzinowego prezentu. Szykował się… jak zwykle :) Już od kilku dni ostrzegano nas przed upałami. Organizatorzy prosili i zaklinali. Nie biegajcie na życiówki. Dzień wcześniej odbiór pakietów. W biurze również mówią: uważajcie na siebie. Sobota była zawsze dniem zwiedzania, ale w tym upale jedyne co pozwiedzaliśmy to starówkę, następnie szybko schowaliśmy się pod parasol i uzupełnialiśmy węgle i inne płyny :) W niedzielę budzimy się przed 7. W tym miejscu serdeczne podziękowania dla naszej współtowarzyszki Kasi, która orzekła, że dziś wcale nie będzie gorąco :) Było… Ale o tym za chwilę. Nocowaliśmy około 2km  od startu, więc około godzinę przed startem bez przeszkód zameldowaliśmy się na Stadionie Olimpijskim. A tutaj nasi znajomi. Między innymi Wasyl który w tym roku przyjechał do Wrocławia focić ;-) Hania w stresie, Wojtek też ale jakby takim mało widocznym. Jak rzadko kiedy nie było „głupkowania” na starcie tylko skupienie na celu. Ustawiamy się! Jakoś tak wyszło że Hania miała strefę lepszą niż tą debiutancką, ale nie ustawiała się jakoś z przodu. Startowała 10min, cały start trwał minut 15. Wojtek wystartował natychmiast. I również natychmiast bo już na 17km zmienił cel biegu z łamania granicy 3h na przetrwanie. Hania pilnowała baloników na 4:45, ale balony pilnowały tempa i na początku szarpały by wyrównać. Hania więc ustąpiła i biegła swoje. Od pewnego momentu (prawdopodobnie 27km) jej towarzyszem został Michał Szkudlarek. Jego wieku może podawać nie będziemy, ale dla ciekawskich jego pesel zaczyna się od liczby 33. Robi wrażenie prawda? :) Hania na lepszego mentora trafić w debiucie nie mogła. Pan Michał doprowadził Hanie niemal do mety, a sam wygrał swoją kategorie wiekową, choć nie był zadowolony bo trafiła mu się jakaś kontuzja. Pan Michał zjadł zęby na bieganiu. Biega niemal 24lata i w tym czasie przebiegł tyle biegów że Enduhub z wrażenia mi się zawiesił :) Po części to dzięki niemu Hania została MARATOŃCZYKIEM. Kolejnym już w naszym klubie i trzecim w rodzinie!. A warunki nie były lekkie. Na szybko przeliczyłem, że na trasie było około 9km cienia. Hania stwierdziła że to i tak za dużo :) Temperatura w cieniu przekraczała 30st. Temperatura asfaltu przekraczała w pewnym momencie stopni 50! Wrocław poradził sobie znakomicie. Co 2,5km punkt z wodą, co 5km izotonik, cukier. Co jakiś czas żel energetyczny. Grupy kibicowskie NA MEDAL. Wszystkie. No i pojedynczy kibice. Moje serce zdobyła starsza Pani która postanowiła pomóc mi zawiązać buta ;-) Na punkcie ustawiono też węże która polewały pod porządnym ciśnieniem. Wody było tyle że nie wytrzymał telefon który miałem przy sobie na wszelki wypadek :( Strefa mety po Wrocławsku: czyli porządnie! Jedzonko, zdecydowanie lepsze niż dzień wcześniej, kawa. Picia do oporu, banany i zdecydowana nowość: lód. Można było przyłożyć na kark, do czoła, gdzie się żywnie podobało :) Atmosfera biegu pokazuje że Wrocław naprawdę ma potencjał na takie imprezy i warto tu wpadać :) My wpadliśmy i jesteśmy zadowoleni. I dumni z Hani życząc jej kolejnych sukcesów !! W kwestii uzupełnienia Wojtek nie złamał ani 3h, ani 3:15 ;-)

Wyniki:
Hanna Grabiński – DEBIUT!!! – 5:45:44
Wojciech Grabiński – 3:22:12

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wydarzenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz