Beskidzka 160 na Raty

Beskidzka 160 na Raty, B160nR, tak nazywa się jeden z najtrudniejszych biegów górskich na dystansie ultra. Wiosna Rysia, wiosenna edycja odbywa się na 3 dystansach: B160nR 100km +/-5000m, 50km +/-2500m i 25km +/-950m. Bieg w Beskidzie Śląskim z bardzo wymagającą trasą ale i jak się okazuje przy kolejnych edycjach, wymagającą pogodą. Waldek zdecydował się na dystans 100 czyli w rzeczywistości 103km. Tu statystyki są wręcz miażdżące, w 2015 roku na tym dystansie wystartowało 24 zawodników … ukończyło 7-dmiu! W tym roku wystartowało 52 zawodników w tym 7 biegaczek, ukończyło 25 w tym pierwsza i jedyna kobieta!
Przebieg tras: B160nR – 100: Goleszów – Tuł – Leszna Górna – Ostry Nydecki – Mała Czantoria – Wielka Czantoria – Soszów – Stożek – Kiczory – przeł. Kubalonka – Wisła Nowa Osada – Cieńków – Magurka Wiślańska – Magurka Radziechowska – Ostre – Skrzyczne – Malinowska Skała – Malinów – przeł. Salmopolska – Trzy Kopce Wiślańskie – Orłowa – Ustroń Polana – Wielka Czantoria – Mała Czantoria – Cisownica – Goleszów.

6 punktów kontrolnych:
PK1 14 km limit 02:30,
PK2 22 km limit 04:20,
PK3 37 km limit 07:00,
PK4 57 km limit 11:00,
PK5 68 km limit 13:00,
PK6 83 km limit 15:30,
i meta 103km limit 18.00

By wszystko było jasne, Waldek znalazł się w grupie tych którzy biegu nie ukończyli. Tym samym pierwszy raz postanowił opisać porażkę ;-) Na bieg do Goleszowa pojechał wraz z Marcinem, i Jego znajomymi. W aucie przez całą drogę było wesoło ;-) na miejsce dojechaliśmy około 20? chyba, nie ważne. Ważne że padało, i to trochę mocniej niż wskazywały na to prognozy. Od razu pojechaliśmy odebrać pakiety startowe. Poszło szybko, jak to na ultra, kameralnie i jak wśród znajomych. Marcin odebrał nr 1 a Waldek 11, koleżanka też odebrała, biegła na 25km. Chwilę później byliśmy w wynajętym pokoju i prawie od razu zaczęliśmy się przygotowywać do startu. To pierwsze utrudnienie na tym biegu, start na 100km dokładnie o północy. o 23.15 zgłosiliśmy się na obowiązkowej odprawie. Biegacze tłocznie stali w małym biurze bo niestety cały czas padało … po czym zostaliśmy wywołani na zewnątrz zachęceni słowami byśmy się przyzwyczaili do panujących warunków ;-) na szczęście odprawa odbyła się pod wiatką, dowiedzieliśmy się na niej o trudnych momentach na trasie, o ścisłych limitach na PK, o dożywotniej dyskwalifikacji w przypadku gdy ktoś ściągnie oznaczenie trasy a i informacje że w tej chwili na Czantorii widoczność jest równa 0m (słownie zero!). Zapowiadało się ciekawie.
00:00 Start, chwila asfaltem i w las, na szlak, pod górę, lekko w dół, i znów w górę, ogólnie do 20km trasa znacząco w górę. Na 13 km w zerowej widoczności zbieg z Ostej, niesamowite, taki stromy że nie mogłem zejść, w dzień podobno rewelacyjny;-) Im wyżej tym gorzej, coraz mocniej padało. Mgła była już naprawdę dokuczliwa. Dobiegliśmy do PK1 z 32min zapasem, szału nie ma … napełniamy bidony i w drogę podobno ciut lepiej. Ależ oczywiście, wdrapanie się na Małą Czantorię i dalej na Wielką Czantorię. Limit na ten odcinek … na 8km 1godz 50min ;-) szczęście że za Wielką Czantorią mieliśmy spory odcinek w dół, niestety dalej padało i to już intensywnie a widoczność spadała dosłownie do zera. Chyba pierwszy raz w życiu biegliśmy zupełnie nie wiedząc gdzie! Nie widzieliśmy nawet swoich butów! Zamiast skupić się na biegu cały czas zastanawialiśmy się czy jesteśmy na trasie. Nie było widać żadnych oznaczeń, dosłowna biała ściana rozświetlona czołówkami. Na tym odcinku było bardzo trudno znaleźć właściwą drogę … raz pobiegliśmy 1,5 w złym kierunku, zawracamy, szukamy trasy, dzwonimy do bazy … jest, biegniemy dalej.  2km dalej niż na mapkach upragniony PK2  – tu mamy godzinę zapasu, jest lepiej. To biegniemy dalej, Waldek już całkowicie przemoczony … dosłownie wszystko, podejścia idą coraz gorzej drapiemy się na Stożek, tu niestety Waldek został z tyłu i później już nie dogonił grupy, mgła nie odpuszcza, dalej pada, niedługo świt, coraz zimniej … na zbiegach mgła przeszkadza. Waldek czuje, że to powolny koniec. Jest całkowicie wyziębiony, nie ma siły nawet zbiegać. Jak zrobiło się jasno Waldek był 5km od PK3 . Niestety, wyziębienie już nie pozwalało nawet rytmicznie iść, a co dopiero biec… ledwo doszedł do PK3 na którym zapadła trudna decyzja – KONIEC! Na tym punkcie 7 biegaczy zrezygnowało głównie z wyziębienia. Dla Waldka był to 41:41km. zakończony w czasie 6godz i 45min. Nie było szans gdziekolwiek wyschnąć, a na PK3 zostało już tylko 15min zapasu. Dalej trasa była jeszcze trudniejsza, dalej … jeszcze 60km do mety. Marcin z którym Waldek biegł w grupie dobiegł! Ukończył ten morderczy bieg z czasem 17godz 49min. Szacunek dla niego i wszystkich którzy zameldowali się na mecie. A Waldek? Za rok zapewne pobiegnie ;-) Doświadczenia? Nocny dystans maratonu w górach z przewyższeniem +1778 /-1570 w deszczu, błocie, przy braku widoczności – bezcenne. Dobra kurtka już kupiona ;-) Na koniec pamiętam powiedzonka, że … chcieć to móc – to nieprawda!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wydarzenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz