Łemkowyna Ultra Trail

Łemkowyna Ultra Trail 150 km bieg po Beskidzie Sądeckim, Beskidzie Niskim i Bieszczadach, to kolejny z biegów, do których już rok wcześniej próbowali podejść Waldek i Ania. Jak się okazało: nie ma tego złego … ;-). W tym roku odbyła się czwarta edycja tego biegu. A właściwie biegów, bo oprócz dystansu 150 km, odbyły się również biegi na dystansach: 30, 48, 70 i 80 km. Trasy wszystkich dystansów wytyczone zostały Głównym Szlakiem Beskidzkim i częściowo się pokrywały. I tak: trasa 150 km prowadziła od Krynicy Zdroju do Komańczy, 80 km z Krynicy Zdroju do Chyrowej, 70 km z Chyrowej do Komańczy, 48 km od Iwonicza Zdroju do Komańczy i 30 km od Puław Górnych do Komańczy. Każdy z dystansów startował o innej godzinie i miał inny limit czasowy. Trasa 150 km z przewyższeniem +5860m/-5970m miała limit 35 godzin, trasa 80 km z przewyższeniem +3350m/-3450m miała limit 16 godzin 30 minut, trasa 70 km z przewyższeniem +2520m/-2520m miała limit 13 godzin, trasa 48 km z przewyższeniem +1400m/-1310m miała limit 8 godzin a trasa 30 km z przewyższeniem +740m/-735m limit 5 godzin. Biuro zawodów znajdowało się w Hali Lodowej w Krynicy Zdroju. Biuro zawodów niby pracowało sprawnie ale jednak swoje trzeba było odstać. Spowodowane było to m. in. sprawdzaniem wyposażenia obowiązkowego, które na biegach górskich jest wymagane. Na tym biegu, na dystansie 150 km należało się wyposażyć w: plecak, pojemnik na wodę lub bidon (min. 120 ml), latarkę czołową z naładowanymi bateriami, zapasową latarkę, folie NRC, gwizdek, bandaż elastyczny, opatrunek jałowy, dowód osobisty, gotówkę – min. 50 zł., naładowany telefon komórkowy, rękawiczki, buffa lub chustę, mapę trasy, długie spodnie, bluzę z długim rękawem, kurtkę przeciwdeszczową z kapturem, tylne oświetlenie w kolorze czerwonym, buty odpowiednie do biegów górskich i oczywiście numer startowy z chipem. Wyposażenie to należało mieć przy sobie podczas całego biegu. Za brak któregokolwiek z elementów wyposażenia obowiązkowego groziła dyskwalifikacja. Lampkę w kolorze czerwonym trzeba było mieć włączoną od zmierzchu do świtu i umieszczoną w widocznym miejscu z tyłu ciała lub na plecaku. Start biegu nastąpił o godz. 00:00 w nocy z piątku na sobotę z Deptaku przy Pijalni Głównej w Krynicy Zdroju. Aby dostać się na strefę startu należało okazać dowód osobisty i odhaczyć się na liście startowej. Na starcie Ania z Waldkiem spotkali znajomych z innych biegów. Trochę przed biegiem porozmawiali i nadeszła godzina startu. Pogoda optymalna ciepło i, co najważniejsze, bez deszczu. A było to dosyć istotne, ponieważ pomimo braku deszczu duża część trasy przebiegała przez drogi pełna wody i błota. Padający deszcz na pewno pogorszył by warunki na trasie i „podkopał” morale biegaczy ;-). Na trasie znajdowało się 7 punktów odżywczych. Można było na nich uzupełnić płyny (woda, izotonic, cola, kawa, herbata), zjeść co nieco ( owoce, ciastka, zupa, pieczone ziemniaki, bułki) i nie tylko (na 2 punktach można było skorzystać z łóżek polowych i się przespać). Na jednym z punktów, na 80,9 km w Chyrowej, był przepak. Można było tam zmienić ubranie, obuwie i skorzystać ze wszystkiego, co zapakowało się do swojego przepaku. Później został on przetransportowany na metę, gdzie należało go odebrać. No więc nastąpił start. Dla Ani i Waldka bieg ten, to próba zmierzenia się z najdłuższym, jak do tej pory, dystansem. Ich założeniem było ukończyć go w 30 godzin. Od samego startu bieg, pod niewielką, ale jednak górkę. Przez miasto po asfalcie, aż do odbicia szlaku w leśną dróżkę, gdzie zwiększa się kąt i większość biegaczy przestaje biec i zaczyna się wspinaczka pod górę. Na płaskich odcinkach i z górki biegacze biegną. I tak na zmianę praktycznie przez cały bieg. Taką taktykę mają Ania i Waldek. Pierwsza górka to Huzary po której następuje zbieg i na nim nasi klubowicze wyprzedzają dosyć sporą liczbę osób. Potem górki Mizerne, Hirki. Jest to początek biegu więc biegacze biegną jeszcze w miarę „skupieni” jeden za drugim. Widać to bardzo fajnie na podejściach, gdy widoczne są tylko czerwone lampki zamocowane na plecakach. Można również podczas podchodzenia odwrócić się i zobaczyć liczne światełka poruszające się jedno za drugim – to czołówki, którymi biegacze oświetlają sobie drogę. Widok niezapomniany i spotykany tylko na takich biegach. Ania z Waldkiem dobiegają do miejscowości Hańczowa, gdzie jest pierwszy punkt odżywczy. Tutaj szybkie uzupełnienie zapasów i dalej w drogę. Krótki zbieg i kolejna wspinaczka. Tym razem z 500 na 850 m. Nie jest lekko. Biegacze powoli wspinają się jeden za drugim na szczyt. Zbieg i kolejne podejście – na Rotunde – 777 m (tu czołówkami oświetliliśmy unikalny cmentarz wojenny nr 51 z I wojny światowej, który znajduje się właśnie na szczycie). Znowu zbieg. Później Popowe Wierchy, jeszcze jeden szczyt, trochę po płaskim (tu zaczyna już świtać) , zbieg i kolejny punkt odżywczy Wołowiec (43,6km). Tutaj Waldek z Anią posilają się ciepła zupą i spotykają kolegę, który zakończył już bieg – kontuzja uniemożliwia mu kontynuowanie biegu. Na tym punkcie sam Marcin Świerc, mistrz Polski w biegach górskich, był wolontariuszem i podawał zupę oraz ciepłe napoje. W dzień całkiem inaczej się biegnie. Można podziwiać widoki. A jest na co patrzeć. Lasy w jesiennych barwach są magiczne. Ania z Waldkiem pokonują kolejne kilometry. Zaczyna się błoto. Właściwą trasa nie idzie przejść. Biegacze, w tym Ania i Waldek, próbują obejść ten odcinek bokiem. Nie była to chyba najlepsza decyzja, gdyż trafiają na bagno. Jeden z biegaczy utknął i Waldek pomagał mu uwolnić się z objęć błotnistej mazi. Bagno uniemożliwia im powrót na właściwą ścieżkę i przez jakiś czas idą przez bagno. Cały czas próbują wrócić na szlak. Po jakimś czasie, po przedzieraniu się przez chaszcze, knieje i bagno powracają na trasę biegu. Ufff. Było nieciekawie. Na odcinku tym, Ani i Waldkowi, znacznie spadło tempo biegu. No cóż, zdarza się. Buty są już od jakiegoś czasu mokre. Dobrze, ze niedługo Chyrowa i przepak (80,9 km). Tam posilają się owocami, ciastkami, herbatą, kawą, uzupełniają zapasy na drogę. Tu kolejny raz zjawia się kolega Marcin i służy wszelką pomocą. Ania korzysta z przepaku i przebiera się w suche rzeczy i ruszają dalej. Ciężko się ruszyć po postoju, jak wszystkie mięśnie zdążyły już ostygnąć. Po krótkim zbiegu i kilku strumykach zaczyna się kolejne podejście. Podczas podejść Waldek zaczyna odczuwać mięśnie. Na szczęście jeszcze jest jasno i można w międzyczasie podziwiać widoki a także … zauważyć kwitnące na polu krokusy!!! O tej porze roku to rzadkość. I tak powoli krok za krokiem pokonują oni kolejno Kamienną Górę, Cergową aż docierają do Iwonicza Zdroju. W samej miejscowości, na łące, zauważają sarenkę, która się pożywia i nie zwraca na nich specjalnej uwagi. Krótki postój w Iwoniczu – uzupełnienie zapasów i dalej w drogę. Zaczyna się robić ciemno i znowu włączają czerwone światełka z tyłu i czołówki z przodu. Z Iwonicza przez Suchą i Mogiłe do Rymanowa-Zdroju do Rudawki Rymanowskiej. Tam zaczyna się asfalt co, po pobieganiu na odcinkach błotnych, odciąża trochę nogi. Zaczyna się jednak górka i zmęczenie daje o sobie znać. Docierają do Puław Górnych. Znają już to miejsce- na początku roku jeździli tu na nartach. Są już 24 godziny na nogach. Ledwie dotarli na punkt już obsługa punktu prosiła żeby usiąść, pytała się co podać do jedzenia, co do picia, co uzupełnić. Wystarczyło usiąść a wszystko, co tylko można było, zostało dostarczone w bardzo szybkim czasie. Niestety, czas goni, jak chce się dotrzeć na metę w założonym czasie to trzeba się ruszyć. Niechętnie więc ruszają. Tym bardziej, że przed nimi kolejne górki Skibce, Smokowiska, Wilcze Budy i Tokarnia. Ania powoli zasypia ;-). Jest to ok. 130 km. Przed nimi widać światełko – doganiają biegacza. Chwilę rozmawiają i docierają do dodatkowego punktu kontrolnego. Jest tam ognisko, gdzie można się ogrzać a także zupa, kawa i herbata. Krótki postój i dalej w drogę. Jeszcze „tylko” 20 kilometrów i będzie można cieszyć się z ukończenia biegu. Teraz Przybyszów i ostatni już punkt odżywczy. Ania z Waldkiem nie zostają za długo i powoli ruszają dalej. Ania ma problem ze stopami więc ma problemy przy zbieganiu, Waldek przy podejściach … ciężko, ale jakoś to godzą i powoli przesuwają się naprzód. Na ostatnim odcinku zaczynają mijać ich inni biegacze, co jest dosyć irytujące. Jeszcze Spalona Góra, Wahalowski Wierch i dowiadują się, że jeszcze 10 km. Na Anię, wiadomość, że została taka odległość, nie wpłynęła za dobrze. Został właściwie zbieg, po którym nie mogła zbiegać, niekończący się odcinek błotnistej drogi, gdzie zaliczyła spektakularną glebę o  której wszyscy dookoła usłyszeli oraz asfalt prowadzący już do mety. Na odcinku błotnistym dogonili ich kolejni biegacze, od których Ania z Waldkiem uzyskali informację, że jeszcze jest szansa zdążyć w 30 godzin. Oni też z takim założeniem biegli. Trochę zapasu czasu było ale lepiej nie ryzykować. I trochę truchtem, trochę marszem dotarli do Komańczy. Tam długie 600 metrów asfaltu i upragniona meta ;-). Zdążyli. Zmieścili się w 30 godzinach. Na mecie otrzymali medal oraz bluzę finisher. Oprócz tego jedzonko, picie i można było skorzystać z łóżek polowych. Ciekawostką był też karcher do oczyszczenia obuwia z błota oraz bala w której można było się zrelaksować … więcej nie pamiętamy. Priorytetem było przebranie się w ciepłe ubranie i chwila odpoczynku. Później zainteresowani biegacze, chcący wrócić do Krynicy Zdroju, udali się do podstawionego autobusu. Gdy już wsiedli i autobus ruszył wszyscy posnęli. Dość zabawnie wyglądało też wysiadanie zawodników z autobusu, pokonanie 3 schodków z zastanymi mięśniami przypominało wycieczkę emerytów. Jeszcze w trakcie biegu stwierdziliśmy, że taki dystans nam już nie odpowiada, na mecie tak samo, jednak wiemy, że to nie ostatni bieg ultra a kto wie czy nie powalczymy jeszcze z dłuższym.

wyniki:
Anna Niespodziana 29:51:15
Waldemar Grabiński 29:51:15

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wydarzenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz